Kiedy dostałam wiadomość z Kwiaty&Miut z prośbą o skomponowanie zapachu specjalnie dla nich, na dodatek z lawendą z ich własnej farmy, wiadomo – skakałam z radości.
Taka współpraca była gdzieś w sferze marzeń. Obserwowałam ich już wtedy od dawna i bardzo imponowało mi to, co stworzyli. To znacznie więcej niż kwiaciarnia. Mają własną farmę, na której ekologicznie uprawiają kwiaty, prowadzą szkołę i warsztaty florystyczne, wydają książki i pokazują, że kwiaty mają swoją sezonowość, pochodzenie i historię. Byli jednymi z pierwszych, którzy zaczęli zmieniać w Polsce sposób, w jaki o kwiatach myślimy i jak się nimi otaczamy.
Pomysł wydawał się prosty: bierzemy lawendę i robimy z niej kadzidło. Tylko że lawenda dość szybko pokazała, że łatwo nie będzie. Okazała się trudną rywalką. Nie zliczę, ile prób zrobiłam, żeby ją trochę ujarzmić. Jest intensywna, ziołowa, bardzo charakterystyczna i lubi grać pierwsze skrzypce. A ja nie chciałam jej zagłuszyć, tylko znaleźć dla niej dobre towarzystwo. Takie, przy którym nadal będzie sobą, ale pokaże też trochę mniej oczywistą stronę.
Zaczęło się więc szukanie inspiracji. Mieszanie, testowanie, wąchanie, zmienianie proporcji. Kolejne próby, aż w końcu zaczęło się układać. Z piżmem lawenda zrobiła się miękka, ciepła i lekko pudrowa. Santal dodał jej głębi, drzewnego aromatu i spokoju. Magnolia wyciągnęła z niej bardziej kremową, delikatną i kwiatową stronę. Wtedy pojawiło się pytanie: którą wersję wybrać? Każda była zupełnie inna i każda miała w sobie coś urokliwego. No właśnie. Tylko kto powiedział, że trzeba wybierać?
Finalnie skończyło się na trzech zapachach. Same kadzidła też trochę się zmieniły. Na potrzeby tej współpracy zrobiłam je cieńsze i dłuższe niż nasze klasyczne patyczki. Delikatniejsze w formie, trochę jak nasza zapachowa bohaterka.



